Zaraz po samorządowych wyborach burmistrz Lwowa i partyjniacy ze „Swobody” ramię w ramię stali pod pomnikiem Bandery w obronie „bohaterskości” tego watażki i  podrzynacza gardeł Szuchewycza. Obecnie zarówno burmistrz Lwowa jak i intelektualiści z Ukraińskiego Katolickiego Uniwersytetu na własnej skórze odczuwają, co to takiego agresywny ukraiński nacjonalizm banderowskiego typu. Dobrze im tak, bo to oni właśnie wyhodowali swojego potwora Frankensteina, wspierając swoim autorytetem heroizację zbrodniarzy wojennych i ludobójców. Oni sobie na to zasłużyli, bo nie chcieli odrobić lekcji historii.

Już rok minął od przekonującego zwycięstwa WO „Swoboda” w wyborach samorządowych we Lwowie i w obwodzie (województwie) lwowskim. W tym czasie „swobodowcy” dali się poznać i  zapamiętać nie tyle z rozwiązywania problemów, ile za sprawą stosowanej retoryki, dyskursu, którego centralne miejsce zajmują nowi wrogowie ludu – „liberaści” i „toleraści”.

To przede wszystkim ich, a nie „regionałów”, szemranych biznesmenów lub skorumpowanych urzędników, biorą na swój demagogiczny warsztat „płomienni” rzecznicy WO „Swoboda” – Iryna Farion i Jurij Mychalczyszyn. „A powiedzcie mi, proszę, tu wśród was są liberałowie? Albo demokraci?”- Tak rozpoczął swoje przemówienie na kijowskim „marszu UPA” 14 października 2011 roku Mychalczyszyn.

„Kiedy my razem z wami pójdziemy do zwycięstwa, to na naszych tyłach nie powinno być liberastów, tolerastów, ideologicznej agentury wroga. Kiedy pójdziemy w nasz ideologiczny pochód, ma naszych tyłach nie powinno być Hrycaków, Andruchowyczów, Marynowyczów i innej klasztornej inteligencji, która nazywa bojowników o wolność narodową „faszystami” i „nazistami”, która mówi, że jesteśmy nietolerancyjni, zbyt radykalni, niedemokratyczni” – kontynuował nieco później, konkretyzując personalia.

To wystąpienie było tylko jednym z wielu. Na przykład, wkrótce po wydarzeniach z 9 maja 2011 roku płomienne przemówienia z trybuny lwowskiego sejmiku wygłosiła Iryna Farion, mówiąc między innymi, coś takiego: „Lwów zademonstrował świetlany przykład powstania z kolan i przeciwstawienia się i kolonialistom, i własnym wyrodkom, i służącym – pokojówkom typu Herman, i liberastom – eunuchom w rodzaju jakiegoś redaktora mało znanego lwowskiego dziennika, który w swej słabości ducha, niedostatku wiary, męskiej impotencji zajęczał ze strachu, że Ukrainie niewiele pozostało czasu istnienia (tu, oczywiście, mowa o redaktorze naczelnym czasopisma „J” Tarasie Woźniaku – red.). Torba i kij wam na drogę, liberaści”.

Było jeszcze dużo słów. Było wystąpienie Jurija Mychalczyszyna na nadzwyczajnej sesji w dniu 13 stycznia 2011 roku, było publiczne napiętnowanie historyka Jarosława Hrycaka w ścianach Lwowskiej Rady Obwodowej (wojewódzkiej). Była nieco oderwana od oficjalnej linii partii krytyka, wygłoszona przez Irynę Farion w dniu 22 czerwca 2011 roku, hasła „Pamięć bez agresji, sprzeciw bez przemocy”. Wśród nich były i takie szczególne działania, jak odmowa podpisania preferencyjnych umów najmu dla prawdziwego sztabu „liberastów” i „tolerastów” we Lwowie – Ukraińskiego Katolickiego Uniwersytetu.

 
„Swoboda” („Wolność”!) przeciwko wolności

Dlaczego za wrogów narodu WO „Swoboda” uznała właśnie „liberastów” i „tolerastów”? Odpowiedzi na to pytanie warto poszukać w dwóch płaszczyznach, a pierwsza z nich, bez wątpienia, jest ideologiczna.

Jest oczywiste, że nacjonalizm, oparty na idei wyższości narodu i prymacie interesu narodowego nad osobistym, jest niezgodny z liberalizmem, podstawą którego jest właśnie osobista wolność każdego człowieka. Nacjonalizm, który jest zbyt radykalny – tak radykalny, jak postrzegają go główni rzecznicy WO „Swoboda”, nie tylko dopuszcza, ale dąży do ograniczenie wolności na rzecz wyższego dobra, podczas gdy dla liberałów wolność jest dobrem najwyższym.

Właśnie te różnice ideologiczne „swobodowcy” pragną wysunąć na pierwszy plan. We wspomnianym już przemówieniu Jurij Mychalczyszyn jasno dał do zrozumienia, że liberałowie – to wrogowie, ponieważ nazywają „bojowników o wolność narodową” faszystami i nazistami, ale także wskazują na nietolerancję i nadmierną ostrość współczesnych ukraińskich nacjonalistów. Wkrótce potem, gdy przywódcę WO „Swoboda” Oleha Tjahnyboka zapytano, czy w przyszłości jego polityczna siła nie zamierza przeprosić intelektualistów, odpowiedział: „Niech intelektualiści przeproszą pamięć naszych bohaterów, za to, że pozwalali sobie nazywać „upowców” faszystami, nazistami. Reakcja Mychalczyszyna była adekwatna do ich niewłaściwych wypowiedzi na temat ukraińskiej historii „.

Cóż, konflikt ideologiczny między „swobodowcami” i liberałami nie jest niezrozumiały lub nienaturalny. Wręcz przeciwnie, niezrozumiale i nienaturalnie wyglądałaby idylla między nimi, gdyby w jakiś sposób była w stanie się pojawić. Ale nawet przy całkowitej jasności i naturalności nie można nie przyznać, że piętnowanie kogoś jako złego wroga, na podstawie różnic ideologicznych, trąci raczej zatęchłymi czasami sowieckimi.

Między innymi, jeśli mówimy o konflikcie ideologii, nie można nie wspomnieć, że słowo „liberał” pochodzi od łacińskiego „liberalis”, co oznacza „wolny”, „swobodny”. Dlatego nazwa politycznej siły WO „Swoboda” nie najlepiej nadaje się do tego, aby agresywnie przeciwstawiać siebie tak zwanym „liberastom”.

Kto nie jest z nami – ten jest liberastą

Jednak nie warto ulegać pokusie, by wyjaśniać wszystko tylko ideologicznymi sprzecznościami. W państwie, w którym nauki polityczne są bardziej zabawką dla talk show niż realnym narzędziem analizy, a polityka służy do rozwiązywania osobistych problemów, lepiej przesunąć centrum uwagi i bliżej przyjrzeć się bardziej konkretnym kwestiom personalnym.

Przypomnijmy, na przykład, że na krótko przedtem, gdy WO „Svoboda” we wspólnym porywie z Partią Regionów na sesji Lwowskiej Rady Miejskiej w dniu 27 stycznia 2011 roku odmówiła Ukraińskiemu Katolickiemu Uniwersytetowi preferencyjnych cen najmu, rektor uniwersytetu, dysydent Mirosław Marynowycz, opublikował bardzo krytyczny, w stosunku do „Swobody” i w szczególności, do oświadczeń Iryny Farion i Jurija Mychalczyszyna na nadzwyczajnym posiedzeniu 13 stycznia 2011 roku, artykuł. Ten sojusz (z Partią Regionów) był tak oczywisty, że nawet zwykle bardzo dyplomatyczny Marynowycz nie próbował mu zaprzeczyć.

Następnie historia powtarza się. Krótko przed wydarzeniami z dnia 9 maja 2011 roku redaktor naczelny „J”, politolog Taras Woźniak, znany z krytycznego poglądu na WO „Swoboda”, opublikował swoje rozważania „O czerwonym sztandarze i prostej grze Bim-Bom”, w których wskazał, że „swobodowcy”chętnie odgrywają rolę jokera w rękawie „Wielkiego Szulera”, aktywnie reagując na prowokacje. Odpowiedź – wspomniane przemówienie Iryny Farion z napaścią na „jakiegoś tam redaktora mało znanego lwowskiego dziennika”.

W tym samym kontekście należy rozpatrywać ataki na historyka Jarosława Hrycaka – człowieka, którego stosunek do „swobodowców” i ich retoryki nie jest tajemnicą. Faktycznie, skłonność do przekształcania w ideologicznego wroga ludu każdego, kto w jakikolwiek sposób wystąpił przeciwko „swobodowskim” inicjatywom – to prawdziwy system. W żarna tego młyna niedawno trafił nawet lwowski burmistrz Andrij Sadowyj – tylko dlatego, że organy wykonawcze Rady Miasta zbyt opieszale zgadzają się na rzekomo społeczną reklamę atentatu (aktu terrorystycznego) dokonanego przez Mykołę Łemyka. W ideologicznie poprawnym ataku „swobodowiec” Iwan Hrynda porównał obecne władze miasta z polską i moskiewską administracjami okupacyjnymi z lat 30-tych ubiegłego wieku.

Ostatecznie, nawet dziennikarze zbyt łatwo stają się dla WO „Swoboda” ideologicznymi wrogami, wystarczy tylko, że zwrócą się do przedstawicieli tej siły politycznej z jednym lub dwoma niezbyt zręcznymi pytaniami.

W ten sposób wyłania się bardzo prosta „swobodowska” logika: – „Kto nie z nami, ten przeciwko nam, a kto jest przeciwko nam – ten obowiązkowo musi być „liberastą”, „tolerastą” lub po prostu przedstawicielem „ideologicznej agentury wroga”. Po raz kolejny, zgodnie z najlepszych wzorcami sowieckiego postępowania.

Zginąć od własnych pocisków

Istnieje podejrzenie, że takie aktywne i agresywne wyszukiwanie wewnętrznego wroga wśród swoich już nawet w średniookresowej perspektywie nie przyniesie „Swobodzie” oczekiwanych rezultatów – chyba, że ​​ta siła polityczna planuje szybko stracić wyborcze i w ogóle społeczne poparcie.

Po pierwsze, wybór słownictwa i nacisk na korzystanie z pozornie jasnego słowa takiego jak „liberasta” – bardzo nie udany. Każdy, kto choć trochę jest zainteresowany tym tematem, wie, że ten „termin” nie został wymyślony przez Jurija Mychalczyszyna, lecz rosyjskiego publicystę Ilię Smirnowa. Od tego czasu nowe słówko zostało podchwycone przez rosyjskich komunistów i zwolenników partii Władimira Putina „Jedna Rosja” i używane w dialektycznej walce z liberalną opozycję i do argumentacji na rzecz potrzeby utrzymania putinowskiego caratu lub powrotu do społeczno – politycznego modelu niesławnego ZSRR. To właśnie od nich to słowo wyemigrowało ma Ukrainę. Tak więc skojarzeniowy łańcuszek dla WO „Swoboda” wypada absolutnie nieatrakcyjnie.

Po drugie, przyczepianiem podobnych etykietek wszystkim tym, którzy nie maszerują w nogę ze „swobodowską” kolumną, przedstawiciele tej siły politycznej po prostu odstraszają od siebie ludzi, którzy generalnie mogliby być bardzo przydatni, a przede wszystkim – obrońców praw człowieka (jak by nie kombinować, z reguły są to liberałowie). Przede wszystkim to wyjaśnia milczenie tych ostatnich, gdy „swobodowcy” po 9 maja 2011 roku (i nie tylko) prawie na każdym kroku informowali o politycznych prześladowaniach i represjach.

Po trzecie, dla wielu we Lwowie i w ogóle na Ukrainie napiętnowani przez „Swobodę” jako „toleraści” i „liberaści „Mirosław Marynowycz, Jarosław Hrycak lub Taras Woźniak – to ludzie z autorytetem, którzy wywierają znaczący wpływ na opinię publiczną.

Wątpliwe, czy ktokolwiek będzie poważnie traktował jako przedstawiciela „ideologicznej agentury wroga” tego samego Mirosława Marynowycza, który prawie 10 lat spędził w obozach i na zesłaniu za antyradziecką agitację i propagandę (szczególnie za to, że podczas wieczoru pamięci Tarasa Szewczenki w 1977 roku wyszedł na scenę i wezwał do zaśpiewania „Testamentu”), tylko dlatego, że tak mówi 29-letni Jurij Mychalczyszyn, które nie wsławił się na razie niczym, oprócz swoich kontrowersyjnych wypowiedzi.

Te pociski prędzej polecą rykoszetem i trafią już nawet nie w tego, który je wystrzelił, ale w całą WO „Swoboda”. Tym bardziej, że „wrogowie ludu” Jarosław Hrycak i Mirosław Marynowycz w odpowiedzi na nie demonstrują kuloodporny spokój i odrażającą dla  „swobodowców” tolerancję.

Parafrazując znany ewangeliczny cytat, kto pociskiem wojuje, od pocisku zginie.

Źródło: ZAXID.NET

Autor: Danyło (Daniel) Mokryk

Leave a Reply

Your email address will not be published.