TOMASZ KUŁAKOWSKI: Na biurku prezydenta Ukrainy leżą dwa wynegocjowane dokumenty – umowa stowarzyszeniowa z Unią Europejską i umowa o pogłębionej strefie wolnego handlu. Wystarczyłoby wypuścić byłą premier Julię Tymoszenko z więzienia i parafować oba dokumenty 19 grudnia w Kijowie podczas unijnego szczytu. Wiktor Janukowycz nie chce jednak integrować Ukrainy z Unią Europejską. Dlaczego?

BORYS TARASIUK: W sferze deklaracji chce. Tyle, że jego polityka przeczy wartościom i standardom unijnym. Przykłady można by długo wymieniać, w tym niejedno działanie niezgodne z konstytucją – na przykład podczas tworzenia większości parlamentarnej i rządu po wyborach prezydenckich z 2010 roku. Prezydent Ukrainy kieruje władzą wykonawczą, ustawodawczą oraz sądowniczą. Takiej władzy nie miał nawet Leonid Kuczma.

Wiktor Janukowycz wymyślił sobie, że na salonach europejskich będą go przyjmować jako demokratę i reformatora, ale robi wszystko, by oddalić nas od Europy. Tłamsi opozycję, więzi byłą premier Julię Tymoszenko i byłego ministra spraw wewnętrznych Jurija Łucenkę.

I lawiruje. Dotąd nie określił się, którą ofertę integracyjną wybiera – tę z Brukseli czy z Moskwy. W perspektywie krótkoterminowej bardziej opłaca się wstąpić do unii celnej z Rosją, niż stowarzyszyć z Unią Europejską i stworzyć strefę wolnego handlu. Bruksela nie chce na przykład ukraińskich produktów rolnych, a Rosja kusi niższymi cenami na gaz i pełnym otwarciem swoich rynków. Czy w wyborze konkretnej oferty chodzi wyłącznie o korzyści?

Bynajmniej. To jest jak gra w karty, w której prezydent chce wygrać z obydwoma partnerami. Negocjując z Brukselą, Janukowycz szantażuje unijnych przywódców integracją z Rosją. W rozmowach z Moskwą straszy Brukselą. Im bardziej obaj partnerzy to rozumieją, tym lepiej dla nich, ale prezydent powinien się określić.

Polskie władze podjęły szereg wysiłków, by udało się podczas polskiej prezydencji osiągnąć wspólny sukces, czyli podpisać umowę stowarzyszeniową z Ukrainą. W ciągu ostatnich kilku miesięcy prezydenci Polski i Ukrainy spotykali się czterokrotnie – w Juracie, podczas szczytu Partnerstwa Wschodniego w Warszawie, we Wrocławiu i w Kijowie. Z dyplomatyczną ofensywą do Doniecka wyruszył nawet szef polskiej dyplomacji, któremu towarzyszył minister spraw zagranicznych Szwecji. Radosława Sikorskiego i Carla Bildta do Donbasu zaprosił Rinat Achmetow, najbogatszy oligarcha nad Dnieprem, będący w otoczeniu Wiktora Janukowycza. Spotkanie szefów dyplomacji z Achmetowem skrytykowała ukraińska prasa, oceniając, że był to poważny błąd, bowiem oligarcha nie ma wpływu na Janukowycza. Jak pan ocenią tę wizytę?

Jest zbyt mało informacji na temat spotkania na stadionie w Doniecku, by móc je komentować. Jest to jednak niestandardowe podejście, gdy dwaj ministrowie unijni odwiedzają Donieck, który uchodzi za „miasto prywatne” najbogatszego ukraińskiego oligarchy. Możliwe, że Sikorski i Bildt, w poszukiwaniu klucza do drzwi gabinetu Wiktora Janukowycza, posunęli się do takiego kroku. Była to jednak nieudana inwestycja obu szefów dyplomacji, ponieważ Rinat Achmetow nie ma wpływu na prezydenta, podobnie jak pozostali „koledzy”.

Jednak warto zwrócić uwagę, że właściciel klubu piłkarskiego Szachtar Donieck to mądry człowiek. Zdaje sobie sprawę, że rezygnując z integracji z UE, prędzej czy później rosyjski kapitał pochłonie ukraiński, w tym i biznes Achmetowa. On rozumie, że sprzedaż Rosji naszych narodowych interesów oznacza oddanie w jej ręce rodzimego biznesu. Ale takich jest niewielu.

Otoczenie Wiktora Janukowycza to klucz do zrozumienia ukraińskiego systemu politycznego. Wokół prezydenta są dwie grupy wpływu. Pierwsza to ekipa tak zwanych „młodych donieckich”, do których zalicza się Achmetow i inni biznesmeni, chcący „legitymizowania” swoich majątków na Zachodzie. Druga grupa jest kojarzona między innymi z szefem administracji prezydenta Serhijem Lowoczkinem, wicepremierem Borysem Kołesnikowem czy oligarchą Dmytrem Firtaszem. Oni stawiają na interesy z Rosją, szczególnie w sferze energetycznej.

Nie będę wymieniał nazwisk, bowiem nie jestem specem od otoczenia Janukowycza. Jednak te dwie grupy mącą prezydentowi w głowie. Pierwsza z nich dąży do integracji ekonomicznej z Unią Europejską, druga chce robić interesy z Rosjanami, bowiem łatwiej się dogadać, nie trzeba przeprowadzać reform, przystosowywać prawa. Czas pokaże, która z tych grup wygra batalię o Janukowycza. Póki co, otoczenie „rozrywa” prezydenta, ciągnąc go na Zachód i Wschód. On sam nie potrafi się określić i nie wyciąga wniosków z lekcji Aleksandra Łukaszenki, nieuznawanego w demokratycznym świecie. Białoruski prezydent, by przetrwać kryzysy, musiał ostatnio oddać w ręce Gazpromu spółkę Biełtransgaz, kluczowego dystrybutora gazu.

Na Ukrainie obserwujemy kryzys władzy. Należy też dostrzec kryzys opozycji, która nie ma planu działania i biernie przygląda się usuwaniu z życia publicznego jej przedstawicieli. Co dalej? Ktoś musi zająć miejsce Julii Tymoszenko.

Kryzys władzy jest oczywisty. Zaufanie do prezydenta i jego Partii Regionów nieustannie maleje. Przyczyny to nie tylko autorytarne zapędy, ale również wzrost cen na gaz, energię elektryczną, produkty spożywcze, usługi i tak dalej.

Co do opozycjonistów, to, paradoksalnie, areszt Julii Tymoszenko wpłynął na nas pozytywnie, doprowadził do zjednoczenia sił. Warto pamiętać, że opozycja była rozbita, do czego doprowadził były prezydent Wiktor Juszczenko, tocząc nieustanne „wojny na górze” z byłą premier.

Tymoszenko pozostaje liderką opozycji, jest obok Janukowycza najpopularniejszym politykiem na Ukrainie. Była premier przebywa w areszcie, by nie mogła zajmować się polityką i budować frontu oporu przeciwko prezydentowi. Z Julią Tymoszenko na czele opozycja może zdobyć znacznie więcej głosów podczas przyszłorocznych wyborów parlamentarnych niż bez niej. Jest za wcześnie, by rozmawiać o tym, kto może zająć jej miejsce. Sprawa „przekroczenia uprawnień” jest w toku, bowiem wyrok rozpatruje druga instancja – sąd apelacyjny w Kijowie.

Wszystko jednak wskazuje na to, że Julia Tymoszenko zostanie za kratami. Gdyby Janukowycz zamierzał ją wypuścić, zrobiłby to przed szczytem Ukraina-UE, który odbędzie się już 19 grudnia. To postawiony przez Brukselę warunek podpisania umowy stowarzyszeniowej. Kto zatem może zająć miejsce lidera podczas jesiennych wyborów do Rady Najwyższej? Mówi się o byłym wicepremierze Ołeksandrze Turczynowie i o Arseniju Jaceniuku, przywódcy Frontu Zmian, byłym przewodniczącym Rady Najwyższej.

Nie chcę spekulować nazwiskami. Nie mamy polityka, który mógłby autorytetem i popularnością dorównać Julii Tymoszenko. Tym bardziej, że nie jest etyczne „grzanie sobie” miejsca lidera opozycji.

Co się dzieje z ukraińskim społeczeństwem? Na pewno rosną nastroje protestacyjne, ale kryzys też nie ustąpił. Obywatele są bierni, sfrustrowani „pomarańczowymi” wojnami, wyborem Janukowycza na prezydenta i tak dalej.

Nastroje protestacyjne rosną. Są grupy niezadowolone z sytuacji materialnej i nie tylko. Należy wymienić weteranów akcji ratunkowej po katastrofie w elektrowni atomowej w Czarnobylu, weteranów wojny radziecko-afgańskiej, przedstawicieli małych i średnich przedsiębiorstw oraz studentów. Jednak nastroje protestacyjne nie przeniosły się na większość.

Jednocześnie widać bierność społeczeństwa, rozczarowanego niespełnieniem obietnic „pomarańczowej rewolucji”. Życie zmusza jednak Ukraińców do zajęcia się polityką, choć nie wiadomo, kiedy to nastąpi.

Ciekawe jest także to, że protesty zaczynają przybierać na sile nie we Lwowie, tylko w „bastionie” Partii Regionów – Doniecku, Ługańsku czy Charkowie. To świadczy o tym, że maleje regionalne zróżnicowanie na Ukrainie, znane pod stereotypem „prorosyjski wschód kontra prozachodni zachód”.
   
Kończy się polska prezydencja w Unii Europejskiej. Jednym z jej nielicznych sukcesów miała być umowa stowarzyszeniowa Kijowa z Brukselą, fundamentalny krok w cywilizacyjnym wyborze Ukrainy. Polskie władze robiły wszystko, by przekonać Janukowycza, że bardziej opłaca się zbliżenie z Unią i długoterminowe korzyści z tego płynące niż krótkowzroczność polegająca na utrzymaniu władzy i tłamszeniu opozycji. Nie udało się.

Mogę tylko być wdzięczny za podjęcie wysiłku wyrwania Ukrainy z „zaklętego kręgu”. Polska zrobiła wszystko, co możliwe, ale nie pomogły jej ukraińskie władze, dlatego nie będzie wspólnego sukcesu.

Borys Tarasiuk jest ukraińskim politykiem, był uczestnikiem pomarańczowej rewolucji, dwukrotny minister spraw zagranicznych Ukrainy, lider partii Ludowy Ruch Ukrainy, wchodzącej w skład koalicji Nasza Ukraina-Ludowa Samoobrona.

Tomasz Kułakowski jest stałym współpracownikiem „Nowej Europy Wschodniej”.

 

 

Tekst ukazał się w portalu „Nowej Europy Wschodniej„.

Źródło: http://www.new.org.pl/2011-12-17,nie_bedzie_wspolnego_sukcesu.html

 

 

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published.