– Jak widać po obrączce na mojej dłoni, jestem księdzem żonatym. Mam czworo dzieci – opowiada ks. Roman Kiłyk, proboszcz parafii greckokatolickiej w Poznaniu. 1 maja grekokatolicy obchodzą Wielkanoc.

TOMASZ CYLKA: – Kościół greckokatolicki kojarzy się przede wszystkim z Ukrainą. Jak to się stało, że działa w Poznaniu?

KS. ROMAN KIŁYK: – Wspólnota zawiązała się po drugiej wojnie, gdy do Poznania ze wschodnich rubieży trafiła grupa prawie tysiąca osób. Przyjechali w ramach przesiedleńczej akcji Wisła i stanowili mniejszość etniczną, wywodzącą się przeważnie z wyższych klas społecznych. Dziś to moi najstarsi parafianie. Drugą grupę stanowią ci, którzy kilka lub kilkanaście lat temu przyjechali do Poznania na studia, a potem się tu osiedlili. I wreszcie trzecia grupa – to tzw. emigranci zarobkowi z ostatnich lat oraz ci, którzy uciekali przed wojną np. z regionu donieckiego. Jak przyjechałem do Poznania, wspólnota liczyła ok. 30-40 osób. Ale od tego czasu parafia się rozwija. Odbieram telefon i słyszę: „Znalazłem was w internecie, jak dojechać? Kiedy są nabożeństwa?”. Ile człowiek ma po takim telefonie radości. Mamy stronę internetową i profil na Facebooku. W Biblii czytamy ” Przepowiadajcie na dachach”, więc i my teraz wykorzystujemy nowe technologie, byle tylko przyciągnąć wiernych do Boga. Dzięki temu wspólnota liczy już kilkaset osób. Gdy spotykam w mieście ludzi z Ukrainy – a język ukraiński często słychać na poznańskich ulicach – mówię: „Chodźcie, tu jest cerkiew, zapraszam”. Ale szczerze mówiąc z takiego zaproszenia nic nie wychodzi, bo jak będziesz człowieka za rękę ciągnął, to on tym mocniej się będzie wyrywał.

– Kiedy ksiądz przyjechał do Poznania?

– Trzy lata temu nasz bp Włodzimierz [Juszczak – red.] wezwał mnie: „Słuchaj, Roman, jest nowa parafia w Poznaniu. To duże wyzwanie, bo trzeba odbudować wspólnotę, co w dużym mieście nie jest łatwe, a do tego sporo pracy administracyjnej i remontów. Może byś się podjął?”. Wyzwanie spore, ale przecież nie po to zostawało się kapłanem, by życie było proste. „Jak biskup każe” – powiedziałem i przyjechałem do Poznania w 2013 r. To wtedy nasz biskup oraz metropolita poznański, abp Stanisław Gądecki podpisali porozumienie, na mocy którego trafiła w nasze ręce świątynia przy ul. Toruńskiej [stary kościół na os. Warszawskim – red.]. Wcześniej nasza wspólnota modliła się tylko w niedzielę podczas jednej mszy św. w kościele pw. Najświętszej Krwi Jezusa przy ul. Żydowskiej. Przed mszą św. trzeba było wszystkie ikony rozstawiać, potem je szybko chować. Kościółek na os. Warszawskim wymaga remontów, ale przynajmniej jest nasz

– To księdza pierwsza parafia?

– Wcześniej byłem wikarym w Sanoku, Ustrzykach Dolnych i Hłomczy.

– Urodził się ksiądz na Ukrainie?

– Jestem Polakiem, ale pochodzenia ukraińskiego. Urodziłem się w Bartoszycach na Warmii, natomiast moi rodzice pochodzą z Bieszczad, z powiatu leskiego. Oni także w ramach akcji Wisła zostali wywiezieni na Ziemie Odzyskane. A że byli w tradycji wschodniej Kościoła greckokatolickiego, to ja też w takim klimacie się wychowywałem. Obecny bp Włodzimierz przypomniał mi niedawno, że parafia w Bartoszycach była jego pierwszą, a ja wtedy tam służyłem jako ministrant. Od piątego roku życia wiedziałem, że chcę być księdzem. I ciągle o powołaniu myślałem. Ale jak człowiek trochę dorósł, to zaczął przed tym uciekać. Myślałem sobie, że może jednak coś innego w życiu bym robił? Ale nie dało się. Kiedy podczas jazdy na sankach z synem uległem dość ciężkiemu wypadkowi, to już powiedziałem: „No dobrze, Panie Boże, to ja już nie będę przez Tobą uciekał”.

– Ksiądz greckokatolicki może mieć dzieci?

– Jak widać po obrączce na mojej dłoni, jestem księdzem żonatym. Mam czworo dzieci, choć porody były trzy – średnia para to bliźnięta. Kościół greckokatolicki jest Kościołem powszechnym i uznaje prymat papieża, ale ma też swoje prawo. Jednym z nich jest to, że nie obowiązuje celibat. Warunek jest jeden: trzeba sakrament małżeństwa przyjąć przed sakramentem kapłaństwa. W drugą stronę to nie działa, jeśli już jesteś księdzem, nie możesz się żenić. Ksiądz nie może też mieć kolejnej żony. Jeśli więc np. zostaje wdowcem, to do śmierci żyje już sam. Świecki u nas może wstąpić w ponowny związek, kapłan takiej możliwości nie ma. Myślę, że w naszej diecezji jedna trzecia kapłanów jest żonatych. Kto decyduje się na rodzinę, zamyka sobie jednak drogę do kapłańskiej kariery, bo biskupem może być tylko osoba bezżenna. Ale ja nie mam z tym problemu, bo kapłaństwo to dla mnie służba, a nie kariera.

– Wielu rzymskokatolickich księży podkreśla, że celibat to dobre rozwiązanie. Wikary z Wildy, ks. Adam Pawłowski zrobił nawet karierę w internecie, oświadczając „Nie mam żony, nie mam dzieci. Cieszę się, że w Kościele jest celibat”. Parafianie nie narzekają, że rodzina przeszkadza księdzu w pełnieniu obowiązków?

– Można to wszystko sobie poukładać. Choć muszę przyznać, że więcej zarzutów o niewywiązywanie się z codziennych obowiązków pada nie ze strony parafian, ale żony i dzieci. Słyszę czasem od nich, że za dużo angażuję się w życie wspólnoty, a za mało czasu poświęcam im. Sam zresztą łapię się na tym, że pochłonięty pracą parafialną zapominam, że mam żonę i dzieci. Moich dwóch powołań nie da się rozdzielić. Staram się dobrze wychować dzieci i być przykładem kochającej się rodziny. Nie mogę z ambony mówić jednego, a żyć innym życiem. Moje świadectwo wiary jest bardzo ważne. Jak mówił Jan Paweł II: „Nauczycieli jest dziś wielu, ale świadków tej wiary brakuje”.

– Dzieci nie robią w swoim środowisku sensacji, mówiąc, że tata jest kapłanem katolickim?

– Najstarsza córka, która uczy się w liceum, jest już w pełni świadoma, w jakiej sytuacji żyjemy. Najmłodsza, trzyletnia jeszcze sobie beztrosko biega po cerkwi. 12-letni bliźniacy też już wszystko rozumieją i angażują się w życie wspólnoty. Syn służy do mszy św., dziewczyny śpiewają w chórze. Oni już wiedzą, że nie jestem w Poznaniu postacią anonimową. Kiedy wybuchły wydarzenia na kijowskim Majdanie, udzielałem wywiadów mediom. Jedna z nauczycielek w szkole, zapytała wtedy córkę: czy ten ks. Roman Kiłyk, który był w telewizji, to twój wujek? A ona ze szczerością w głosie odpowiedziała: „Nie, to mój ojciec”. Było pewne zdziwienie, ale w naszym środowisku to naturalne, że ksiądz ma dzieci.

– Parafialne życie wygląda podobnie jak w Kościele rzymskokatolickim?

– Tak – modlimy się na Eucharystii, prowadzimy katechizację dzieci i młodzieży. Te młodsze spotykają się dwa razy w tygodniu w szkole nr 90 przy ul. Chociszewskiego, a starsi w liceum nr 11. Mamy też salkę parafialną w przyziemiu naszego kościoła. Robimy, co możemy, żeby nasza wspólnota działała jak najprężniej. W Niedzielę Palmową zorganizowaliśmy warsztaty malowania jajek wielkanocnych. Prowadziła je kobieta, która przyjechała do Poznania z Kołomyi – to zagłębie pisankowe na Ukrainie, byliśmy więc niejako u źródeł. Codziennie są liturgie, a w Wielkim Poście nabożeństwa. Ludzie potrzebują porady, przychodzą po sakramenty – chrztu albo ślubu. Na szczęście przez te trzy lata nie miałem w Poznaniu żadnego pogrzebu.

– Wierny Kościoła rzymskokatolickiego może u was przystępować do sakramentów?

– Mamy te same sakramenty św., czyli może śmiało przystępować do komunii. Z kolei ja mogę sprawować liturgię w koncelebrze z księdzem rzymskokatolickim. Gości u nas np. ks. proboszcz Wojciech Ławniczak z sąsiedniej parafii. Ja stałem przy jednym ołtarzu na pogrzebie o. Jana Góry, bo nasza młodzież też chętnie jeździ na Lednicę.

– Nie ma żadnych różnic?

– Oczywiście, że są. Np. sakramenty wtajemniczenia, czyli chrzest, bierzmowanie i Eucharystia udzielane są w momencie samego chrztu. A gdy dziecko ma już siedem lat lub więcej, przygotowywane jest jedynie do pierwszej spowiedzi św. Dlatego u nas do komunii przystępują nawet małe dzieci noszone na rękach.

– Nie ma więc ksiądz majowego szału komunijnego.

– Nie mam i nawet się z tego cieszę. Natomiast komunia św. udzielana jest łyżeczką pod dwiema postaciami chleba i wina. Jak to wygląda w praktyce? Nie wystawia się języka, tylko otwiera się szeroko usta i kapłan wrzuca łyżeczką hostię.

– Patrzę na tę waszą świątynię i chyba potrzeba co najmniej kilkuset tysięcy złotych na doprowadzenie jej do odpowiedniego stanu.

– Zanim kościół objęliśmy, przez 10 lat stał nieużywany. A że utrzymujemy się tylko z ofiar wiernych, nie jest nam łatwo. Ale mimo wielu kłopotów, także finansowych, z jakimi borykają się nasi parafianie, dzielnie wspierają nasze dzieło. My nie mamy żadnych rządowych subwencji, z Funduszu Kościelnego też nic nie dostajemy. Tylko więc dzięki ofiarom wiernych zrobiliśmy nagłośnienie i ogrzewanie w cerkwi. Ale dzięki temu nikt nie może się już migać, że nie przyjdzie z dziećmi do kościoła, bo jest zimno. Ale chciałoby się zrobić więcej.

– Ale nie wyczuwam, by ksiądz narzekał. Widzę i słyszę, że jest ksiądz szczęśliwy. Ani słowa o polityce, złych mediach, jakiejś nagonce na Kościół… Może jednak rzymskokatolickim księżom przydałaby się żona i dzieci?

– (Śmiech) Jestem szczęśliwy, a na co mam narzekać? Jak to mawia pewien ojciec „Alleluja i do przodu”. Życie nie składa się tylko z samych pięknych chwil, czasem trzeba nieść krzyż, czasem się upada, niekiedy należy poprosić drugiego o pomoc. Ja się przed służbą moim parafianom nie migam. Jestem tu dla nich w każdym momencie.

– Rozmawiamy w waszym Wielkim Tygodniu. Wielkanoc obchodzicie dopiero 1 maja. Dlaczego tak duża różnica?

– Niekiedy Zmartwychwstanie przypada w tę samą niedzielę co w Kościele zachodnim, ale w tym roku to aż pięć tygodni różnicy. Wynika to nie tylko z różnicy między kalendarzem juliańskim i gregoriańskim oraz przesilenia wiosennego. Po prostu Pascha w Kościele wschodnim nie może przypaść szybciej niż Pascha żydowska, a tę w tym roku obchodzono dopiero 24 kwietnia.

– Liturgia w te dni wygląda tak samo jak w Kościele rzymskokatolickim?

– Podobnie. W Wielki Czwartek wspominamy ustanowienie Eucharystii, w Wielki Piątek – śmierć Pana. Odprawiamy tylko nieszpory z wystawieniem płaszczenicy, czyli całunu Chrystusa owiniętego w płótno, bo u nas nie ma Grobu Pańskiego. Zmartwychwstanie świętujemy w niedzielny poranek jutrznią i mszą św. Po niej następuje poświęcenie paschy. Wierni przynoszą bułkę, jajka, kiełbasę, chrzan, sery i inne potrawy, które potem spożywają na śniadaniu. W drugi dzień świąt idziemy na cmentarze, by dzielić się naszą radością Zmartwychwstania z tymi, którzy wyprzedzili nas w wędrówce do życia wiecznego. W naszym Kościele nie ma Dnia Wszystkich Świętych w listopadzie, na groby idziemy w Wielkanoc. W ten sposób świadczymy, że Chrystus pokonał śmierć. Dlatego na ukraińskim Zakarpaciu są takie cmentarze, na których mogiły mają krzyże nie w głowach zmarłych, ale w nogach. Dzięki temu zmarły cały czas patrzy na ten krzyż. Jak widać tradycja wschodnia i zachodnia, choć się przenikają, w niektórych momentach różnią się mocno.

Parafia greckokatolicka w Poznaniu

Kościół greckokatolicki wywodzi się z tradycji chrześcijaństwa wschodniego, uznaje papieża i dogmatykę katolicką, ale zachowuje odrębności liturgiczne i prawne.

Wierni obrządku greckokatolickiego trafili do Poznania po drugiej wojnie światowej, ale dopiero w latach 70. możliwa była nieregularna celebracja wschodniej liturgii. W 2002 r. na stałe został wydelegowany do Poznania duchowny greckokatolicki i od tej chwili nabożeństwa w rycie wschodnim są odprawiane w każdą niedzielę i we wszystkie święta w tygodniu. Dziś parafia pw. Opieki Matki Bożej liczy kilkaset osób, a cerkiew mieści się przy ul. Toruńskiej 8 na os. Warszawskim.

1 maja Kościół greckokatolicki obchodzi swoją Wielkanoc. Uroczysta msza św. rozpocznie się o godz. 7.

Więcej na: https://poznan.wyborcza.pl/poznan/1,105531,19992499,proboszcz-grekokatolicki-z-poznania-ojciec-4-dzieci-mam-rodzine.html?fbclid=IwAR2x3U7xIK-jP0F1ZUNkYyZcjkl8JsBnfOYlieFOYU7acaA_UJdCdLWJ1Lc#TRwknd

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published.